piątek, 27 marca 2015

A tak to się zaczęło…


Kilka lat temu, po chyba już 8 przeprowadzce (życie nomada na „wynajmowanym”) powiedziałam – dość, trzeba coś z tym zrobić, tak dalej żyć się nie da. Jako że życia w blokach też mieliśmy dość, zdecydowaliśmy, że wybudujemy dom. Wybraliśmy miejsce, a raczej miejsce wybrało nas, bo dostaliśmy „działeczkę” w moich rodzinnych stronach (na Pojezierzu Chełmińskim), kupiliśmy projekt domku w Internecie, zaciągnęliśmy okropnie duży kredyt, no i mieszkamy.
Tak wyglądała działeczka przed budową
A tak było w trakcie budowy

A to jeden z zachodów
 Powiem Wam jest naprawdę super! Robota w domu i na zewnątrz nigdy się nie kończy. W domu jest jeszcze dużo rzeczy do zrobienia, wokół domu prawie wszystko. Do tego sad, warzywnik, tereny zielone, które ciągle trzeba kosić, plantacja wierzby energetycznej, a marzy mi się jeszcze szklarnia, kurnik i winnica.
Wierzba energetyczna
Sad pierwszej wiosny po posadzeniu
A gdzie sielsko? Ano po pierwsze i najważniejsze cisza i spokój, sąsiedzi oddaleni po kilkaset metrów, żadnych uciążliwych szlaków komunikacyjnych w pobliżu, przyroda zewsząd „atakuje” (czasami przyroda zeżre drzewko w sadzie albo iglaki w ogrodzie, ale staramy się żyć w zgodzie i wybaczamy). Generalnie panuje u nas klimat wakacyjno – wypoczynkowy, zwłaszcza latem, gdy po powrocie z pracy z miasta, siada się na tarasie, ma się wrażenie, jakby to był dom letniskowy – zachód słońca, odgłosy natury (czasem przyroda bywa trochę hałaśliwa zwłaszcza żaby w okolicznych bajorach, ale nam to nie przeszkadza, lubimy to), zimne piwko z lodówki tarasowej, grillowana karkóweczka na kolację, albo kiełbaska z ogniska….
I tak nam się żyło, do chwili kiedy, to w czerwcu 2012 dowiedziałam się przez przypadek, bo sprawa działa się po cichu, że zostaje wszczęte postępowanie celem wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach na realizację przedsięwzięcia polegającego na „budowie 8 turbin wiatrowych o łącznej mocy do 20 MW” w mojej miejscowości i kolejnych 13 w sąsiednich. Od tej pory nie mam już spokoju. Nie chcę mieszkać na terenie przemysłowej farmy wiatrowej pod 200 m wiatrakami! Więc zaangażowałam się w ruch społeczny przeciwników zbyt bliskiej lokalizacji turbin wiatrowych od domów. Powiem Wam, że nie spodziewałam się tego, ale to jest wojna. Walka jest nie równa. Mieszkańcy są na słabszej pozycji. Nie chroni nas prawo. Władze Gminy są głuche na nasze głosy, wnioski i protesty. W Polsce nie ma żadnych prawnych norm regulujących budowę elektrowni wiatrowych. Jedyny przepis na jaki się wszyscy powołują, to norma hałasu w środowisku 45 decybeli. To ja się z miasta na wieś przyprowadziłam, zadłużyłam się na 30 lat, zasuwałam po 180 km dziennie do pracy żeby teraz żyć pod hałaśliwymi, paskudnymi turbinami wiatrowymi? 
O nie, co to to nie!!

1 komentarz:

  1. Bardzo Wam współczuję. To samo stało się niecały kilometr od wsi, w której mieszkałam w Anglii - nie wyobrażam sobie być tam teraz. Te wiatraki pomimo tego, że pomagają wytwarzać eko energię - to chyba nie tędy droga, bo jak można tak legalnie rujnować życie ludzi. Życzę wytrwałości i sukcesów. Pozdrawiam, K ;-)

    OdpowiedzUsuń